Posty

List do jesieni...

Obraz
Jesień to ta pora roku podczas, której potrafię przez 6 godzin spacerować po lesie. Chodzić. Obserwować. Słuchać muzyki, zawsze tą, która potrafi mnie zdołować jak nic. Zapalić papierosa. Wypalić pół. Resztę po prostu trzymać w palcach, aż kompletnie wygaśnie. Jak moje marzenia i chęci do życia po powrocie do domu. Ale nie teraz. Teraz czuję się jakbym to ja pobierała z drzew całą energię, przez co usychają. Jestem przepełniona uczuciem, że cały świat jest dla mnie i mogę czerpać z niego całą moc. Idę, coraz głębiej w las. Papieros jeden po drugim. Wyobrażenie, że właśnie tak smakowałyby jego usta. Usta, których nigdy nie posmakuję. Pozostaje tylko wyobraźnia i beznadziejnie gorzki dym. I nie ważne, że nie potrafię zasnąć nie wyobrażając sobie siebie wtuloną w jego ramiona. Tego ciężaru. Ciepła. Bliskości. Nie ważne, że jedynym moim życzeniem od dnia kiedy go poznałam jest on. Był on. Powinnam zacząć pragnąć czegoś bardziej od niego. Bo ktoś mi go nie zastąpi. A coś je...

Czasami chce mi się rzygać

Właśnie skończyłam pić kawę, najadłam się, usiadłam wygodnie, jest zajebiście i czuję się zmotywowana. Biorę się za pisanie. Coś tam skrobię, skrobię, skrobię, aż nagle utykam w martwym punkcie. Więc czytam to co napisałam, bo może akurat zacznie mi się do tego coś kleić (czasami działa, a czasami…), zamiast tego totalnie zniechęcam się do tego tekstu, trzeba byłoby być ślepym, głuchym i kompletnie pustym, żeby nie zauważyć jaki jest beznadziejny. A w głowie mam tylko myśl: „Kurwa, ale pierdolę”. Chyba nie muszę mówić jak bardzo mnie to zdemotywowuje i tego tekstu już nie kończę. Nigdy. A na samą myśl o nim robi mi się po prostu niedobrze. I jest tak mniej więcej 92% czasu kiedy zabieram się za pisanie i już „coś” powstanie. Jednak piszę kolejne teksty. Dlaczego? Ponieważ chciałabym napisać choć jeden tekst, który byłby dobry. Z którego byłabym dumna i po skończeniu powiedziałabym sobie: „Ej! Naprawdę świetna robota!”. A żeby napisać coś dobrze – choć raz! - trzeba pisanie ćwiczyć, a...

Jak przestać być smutnym?

Ostatnio cały czas jest beznadziejnie i smutno. Nie wiem co robić, dlatego dam ludziom rady (które działają czasami nawet i na mnie… ale nie teraz.) JAK POZBYĆ SIĘ CIĄGŁEGO UCZUCIA BEZNADZIEI I CHĘCI WIECZNEGO RYCZENIA W PODUSZKĘ W CIĄGU SŁONECZNEGO DNIA.  1.Wyżyj się . Wyjdź pobiegać – już po 10 minutach powinno być lepiej.  Włącz energiczną muzykę i tańcz (to akurat hardkor, wiem, że ci się nie chce).  Zamiast płakać krzycz w poduszkę z całych sił do rozbolenia gardła (i uszów twoich domowników/sąsiadów). W sumie ja nigdy tych rzeczy nie robię.  Ale zazwyczaj śpiewam na cały głos smutne piosenki i to mi pomaga. Pośpiewajcie sobie jakby nikt nie słyszał, nawet jak słyszą (niech cierpią jak ty). 2.Zajmij się czymś. Np. Jak ja teraz oddając się w całości temu tekstowi. Zajęcie przyćmiewa powody przez które się jest tak zdołowanym. A gdy się w całości wkręci w to co się robi to się o tym zapomina. Powodzenia! A… nie wiesz za co się z...

Niewyżyta miłość

        Dopiero się zorientowałam, że jest to mega krótkie... fakt, tylko 201 wyrazów, lel. Ale ogólnie to jest tylko pierwszy tekst, tak jakby prolog "Niewyżytej miłości", bo planuję napisać o historii Nadii więcej. Prologi mogą być krótkie... prawda?  Pustka. Szczęście przynosiły małe radości. Dla Nadii nie miało znaczenia czy ktoś był raz, a potem tego kogoś nie było. Nikogo nie potrzebowała. Dobrze bawiła się z każdym kto się akurat nawinął, jak i sama ze sobą. Zawsze znalazło się coś czym zdołała zapełnić pustkę. Nagłe szturchnięcie. Jego głos. On w zasięgu wzroku. To wystarczyło, by wprawić jej ciało w delikatne drżenie. A potem w niepokój, gdy drżenie zamiast ustać stawało się coraz bardziej intensywne. Nie rozumiała tego, właściwie trochę ją to przerażało. A co jeśli nasili się to tak bardzo, że nie będzie umiała ustać? Uważając to wszystko za zły znak postanowiła się oddalić. Przeprosiła chłopaka, mając nadzieję, że nie zauważył j...

Bo ja nie wiem jak. Energia.

Krew niczym deszcz spływała po szybie. Zabił ją, choć nie chciał. Czy naprawdę nie chciał? Zrobił to. A teraz uczucia atakują go za ich dwoje. Uciekły z martwego ciała do żywego. Najbardziej bezbronnego. Stał tam sam, z nadmiarem emocji, tłumiąc krzyk w zdławionym łzami gardle. Podczas ostatnich dwóch tygodni przez pierwszy tydzień pisałam tak jakby „pierwszy rozdział” pewnej historii, którą chciałam tu zamieścić. Jednak po „skończeniu”   doszłam do wniosku, że jeszcze nie jest skończony. Nadal czegoś brakuje. Gdy próbowałam to nazwać po spisaniu wielu beznadziejnie poetycznych określeń nazwałam to po prostu energią. Jak to określić bliżej…? Hmm… to tak jakby delikatna mgiełka, którą w sobie mam podczas pisania danego tekstu, która - gdybym umiała ją przelać na papier - nadałaby tekstowi delikatną poświatę, zapach, smak i melodię. Ale nie umiem i chuj.             Przejrzałam cały internet, pytałam innych piszących ludzi,...

Absurdalne myśli

Idziesz do kolejki tylko z Tigerem w ręce. Gdy dochodzisz widzisz, że przed tobą  stoją cztery osoby. Na szczęście nie mają zbyt wielkich zakupów. Czekasz. Po chwili idziesz krok na przód. Wpadasz na pomysł wyciągnięcia już portfela z plecaka. Wyciągasz. Nadal czekasz. Nagle robisz dziwny ruch ręką, tak że uderzasz o kartonowe pudło stojące przy kasie, co wydaje odgłos dość głośnego puknięcia. Zauważasz jakby przerażone spojrzenie kasjerki. Zupełnie jakby to uderzenie w pudełko miało… I wtedy z pudełka rozświetla oślepiający blask. Wszyscy ludzie padają na podłogę. Po czym ona pęka, niektóre ciała spadają w przepaść, niektóre jeszcze zostają. Z pęknięć wydostają się potwory. Są całe obślizgłe, żółte, tylko z nosa im ciekną jakby czerwone gluty. Potem wydostają się rośliny, które widzisz jak parzą leżących ludzi, widzisz jak robią im się pęcherze i słyszysz ich krzyki. Jedna z tych roślin jest już bardzo blisko ciebie, po czym słyszysz: „Dzień dobry. To wszystko?”. Odpowiadasz: „...

Jak się zainspirować?

Siedzisz spokojnie przed telewizorem, oglądasz bzdury (bo głupawe, ale przynajmniej można się pośmiać), wyluzowany, bez zmartwień i nagle przychodzi Ta Myśl, że marnujesz czas, musisz  robić ważne rzeczy, a nie siedzieć i się lenić. Magia spokoju chwili znika i teraz siedzisz zestresowany, a Ta Myśl nie daje ci spokoju i gada dalej, i gada, i gada, aż w końcu masz dość i postanawiasz wziąć się do pracy – za pisanie. Siadasz przy stole z zeszytem i długopisem. W sumie to chce ci się pić, więc idziesz do kuchni, nalewasz sobie soku, przy okazji bierzesz ciastka. Wracasz do pokoju i już pewny, że masz wszystko i nic ci nie przeszkodzi otwierasz zeszyt i nagle to znane uczucie: „Kurwa, chce mi się sikać”. Wiesz, że jak nie pójdziesz to na pewno się nie skupisz, więc wstajesz, idziesz do łazienki. Wracasz. Ok, już na pewno jesteś gotowy. Przykładasz długopis do kartki i: „Ale… co ja mam napisać?”.  Hmmm…      Dawno, dawno temu… No bez jaj. ...